Pomóżcie... ja juz w nic nie wierze.

#1 2010-02-26 04:25:25
Mortifera

Zarejestrowany:

2010-02-26

Posty: 1

Witam...

Nie mogłam w to uwierzyć. Dali mi to na papierze - nerwica depresyjna. Wcisnęli do ręki plik recept na leki, po których czułam się, jakby ktoś przyłożył mi obuchem w głowę. Wszystko straciło sens, a leczenie, które miało mi pomóc, nic nie dało.

Zacznę od początku... Pochodzę z rozbitej rodziny, mieszkam z matką, która terroryzuje wszystkich na około. Ojciec w wyniku ciagłego stresu spowodowanego trudnym charakterem mamy popadł w nerwicę, a później w schizofrenię. Utrzymujemy kontakty, ale wciąż czuję, jakby odebrano mi ojca, który rozumiał mnie jak nikt. Matki nigdy nie było w domu, a jak już była, to ograniczała się do wygłaszania swoich kazań i pretensji. Praktycznie większość roboty przy wychowaniu mnie odwalił mój brat - 13 lat starszy. Miał problemy ze studiami, z relacjami w naszym domu... Wyjechał na pięć lat do U.K.. Nie spałam, nie piłam, nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Zostałam sam na sam z matką. Zawsze łaknęłam jej uwagi i zgadzałam się bez wahania ze wszystkim, co kazała i z tym jaki miała system wartości (1. - praca; 2. - rodzina). Przyszedł jednak moment, gdy dorosłam emocjonalnie i fizycznie, a moja rodzicielka nie potrafiła tego zrozumieć. Mówiłam o swoich problemach i ona też się przede mną otworzyła. Powiedziała mi coś, co zwaliło mnie z nóg. Gdy ojciec brał silne psychotropy, matka zaszła w ciążę i usunęła dziecko. Poczułam się, jakby wyrwano część mnie. Za wszystko obwiniłam matkę, bo odebrała mi część duszy... Przecież wiem, ile znaczy dla mnie brat. Kilka razy usłyszałam, że jestem debilką, kurwą etc. Z ust mojej matki trzy razy usłyszałam, że mnie nie kocha. To chyba bolało mniej najbardziej. Wygłaszałam własne zdanie, przestałam zwierzać się ze wszystkie matce i znalazłam sobie chłopaka... przez Internet.

Korespondencja z nim była niesamowita. Pisaliśmy o wszystkim i o niczym całe noce, rozmawialiśmy telefonicznie godzinami. Oboje pisaliśmy wiersze, prozę, więc nie były to zwykłe słowa, a czyste i piękne emocje. Obudziłam się w środku nocy i powiedziałam sobie, że nie wytrzymam... Pojechałam do Wrocławia. Wróciłam tego samego dnia, żeby nikt z rodziny się nie dowiedział. Pierwsza, szalona, romantyczna do szpiku kości miłość. On też przyjeżdżał. Było nam wspaniale, ale... za mało, za krótko. Przestałam przyjmować wszystko z taką afirmacją, z jaką zwykłam była. Po roku tęsknota za ciepłem, za dotykiem wyniszczała nas i nasz związek, ale nasza miłość przerodziła się w idealne agape zakrapiane goryczą kilometrów nas dzielących.

Upiłam się na imprezie... Nie wiem, jak to się stało, ale gdy otworzyłam oczy, ktoś mnie całował. Nie sprzeciwiałam się, choć powinnam... Tak poznałam M., czyli mojego obecnego chłopaka, który był człowiekiem bez żadnych problemów. Nagle miałam przed sobą dwa światy -smutku, cierpienia, szalonej miłości i optymizmu, uśmiechu, zauroczenia. Przyszedł moment, w którym M. się zakochał, a ja przy nim byłam obrzydliwie szczęśliwa... Za to w nocy wzdychałam do księżyca i wyżywałam się na gitarze oraz w tekstach. Kochałam dwóch, ale na zupełnie inny sposób. Wiedziałam, że trzeba będzie wybrać, ale jak... Rozstałam się z chłopakiem z Wrocławia po półtora roku znajomości (pół roku nie byłam w stanie dać sobie rady, podjąć decyzji..). Kolejne półtora on się ze mnie leczył (nigdy nie przestaliśmy ze sobą pisać do dzisiaj), a ja udawałam wielce zakochaną w M. Tak zostało. Nadal staram się w piosenkach, książkach, filmach nie doszukiwać siebie i Wrocławia, ale nie umiem. Minęły trzy lata odkąd się poznaliśmy - chyba powinno mi już przejść, szczególnie, że mam przy sobie zakochanego we mnie do szaleństwa chłopaka... Do szaleństwa. Właśnie. Nie układa nam się tak, jak na początku. M. jest chorobliwie zazdrosny..nawet o swojego ojca! Przeglądanie moich maili to standard, ale kilka razy zabrał mi telefon na okres  ok. tyg., a gdy powiedziałam mu, że nasz związek wisi na włosku, bo mi nie ufa, ani ja jemu, to wyszedł z domu o 3 w nocy z nożem i linką z zamiarem odebrania sobie życia. Kiedyś, gdy właśnie ze względu na jego chorobliwą zazdrość (pobił się z moimi przyjacielem), zrobiliśmy sobie małą przerwę w związku, napisał mi list pożegnalny. Przerażona wezwałam policje. Z M. widujemy się codziennie po pare godzin. Ze szkołą miałam na pieńku, a matka już chciała mnie wyrzucać z domu.

W pewnym momencie nie wytrzymałam... Nałykałam się wszystkich prochów, jakie były w domu. Dostałam drgawek, ale to wszystko. Zawieźli mnie do szpitala na płukanie żołądka i nic złego mi się nie stało, prócz lekkiego pogłębienia arytmii serca. Cięłam się jak szalona. Robiłam wzorki na ciele,  wbijając igły do insuliny (moja koleżanka jest cukrzykiem). Nikt nie widział, nie chciał widzieć.

Przyszły lęki... Lęki przed wszystkim, szczególnie przed ciemnością. Nie mogłam sama pójść do łazienki, czasem czułam, że umieram. Chwytałam gitarę do ręki i grałam, zatapiając się w dźwięki, będąc ich częścią. Wpadałam w boskie otumanienie, nirvanę, gdzie nic kompletnie się nie liczyło, jeśli nie było wyrażone muzyką. Transy trwały góra pięć minut, a miałam wrażenie, jakbym była wewnątrz swojej głowy godzinami.Przyjemny stan - pełna kompatybilność z otoczeniem. Po chwili obok mnie usiadł mój ojciec, który mnie nauczył grać. Siedział i przyglądał się. Nagle wyciągnął ręce w moją stronę i zaczął mnie dusić. Nigdy tak się nie bałam. Później przyszła jeszcze wizja zgniłego, nienarodzonego dziecka mojej matki i Wrocławia, który klęczał przede mną, prosząc, żebym nie odchodziła.

Poszłam do psychologa. Opowiadałam o całym swoim życiu dwie godziny tylko po to, żeby usłyszeć: ,,Szczerze mówiąc, to nie sądzę, żeby relacje między Tobą, a Twoją matką dało się naprawić. Przykro mi, nie mogę Ci pomóc. Powinnaś zgłosić się do psychiatry.''
Dostałam Alprox, Astentrę, Zoloft i Perazin. Psychiatra zamiast skupić się na tym, żeby ze mną porozmawiać, doradzić coś, zważył mnie, wysłuchał, wypisał receptę i miał z głowy. Heh... Będę miała gąbkę z mózgu, raz biorę leki, raz nie.

Czy ja kiedykolwiek będę szczęśliwa? Co mam robić?

Offline
#2 2010-02-26 08:29:58
beatkachelm1

Zarejestrowany:

2010-02-26

Posty: 4

Re: Pomóżcie... ja juz w nic nie wierze.

twój list  dziwnie mnie przeraził ,ponieważ sama bylam o krok od zamknięcia się na swiat.pamiętaj że pomóc najbardziej możesz sobie sama.nie poddawaj się ,staraj się myśleć racjonalnie i pozytywnie,nie mysl o sobie zle,bo wszyscy popełniamy błędy i to o wiele  wieksze niz ty ,a jednak wystarczy poukładac sobie w głowie swoje myśli i pragnienia i stopniowo je realizować.z twego listu wnioskuję że jesteś bardzo wrażliwą osobą i bierzesz na siebie grzechy i błędy innych i to cię dobija psychicznie.błagam cię nie pozwól im zrobić z siebie wariatki bo pózniej będzie ci cieżko odkleić od siebie taką etykietkę.a ludzie potrafią być naprawdę podli ,dopiero gdy  stanie się jakaś tragedia to są dobrzy ,współczujący.jeśli będziesz chciała ze mną popisać to chętnie opowiem ci moją historię.pzdrawiam .i kochana mów sobie codziennie słowa  dyrektora Rydzyka ALLELUJA I DO PRZODU/TO TAKI ŻART/ale mnie pomaga.

Offline

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce

Zamknij