Moja czteroletnia córka uczęszcza do państwowego przedszkola, w piątek tj. 11.12.09 odbierałem ją ok. godz. 16-tej, podeszła do mnie Pani wychowawczyni i poinformowała mnie, że córka rozbiła a raczej skaleczyła się w brodę. Poinformowała mnie, że rana została przemyta i zaklejona plasterkiem.Potraktowałem to, jako delikatne skaleczenie i poszedłem z córką do domu, gdzie zauważyłem, że pod plastrem jest świeża krew. Gdy wróciła żona z pracy tj. około godz. 18-tej odkleiliśmy plaster i okazało się, że jest to głęboka rana, która kwalifikuje się do zszycia.
Żona udała się do szpitala gdzie założono córce cztery szwy i w karcie informacyjnej zapisano, że zdarzenie miało miejsce w przedszkolu ok. godz. 14-tej, tzn. jak dzieci skończyły leżakowanie.
Diabli mnie biorą, ponieważ żadnej pani nie przyszło do głowy, aby nas telefonicznie powiadomić a widząc ranę nikt nie wezwał lekarza.Poza tym Pani, Dyr. jest dość trudną osobą, jeżeli chodzi o kontakt. Polega to na tym, że gdy zgłasza się jej jakiś problem ona zawsze uważa, że problemu nie ma i wszystko jest ładnie i pięknie.
Mam pytanie do Was, komu powinienem teraz „wyrwać serce” i w jaki sposób powinna przebiegać procedura, jeżeli chodzi o ubezpieczenie córki
---Dziękuje za wszystkie odpowiedzi i pozdrawiam ---